Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty

9.11.2015

Sernikowe gotowane Monte

gotowany serniczek orzechowo-czekoladowy

Kocham to, że tu wróciłam.
Kocham to, że mam ludzi, którzy mnie wspierają. Kocham mojego chłopaka, wszystkich tych, którzy tu są i pamiętają.
Bo kiedy starasz się zmienić za dużo rzeczy, czasem zaczynasz usuwać z życia rzeczy, które sprawiały ci przyjemność. Gotowanie. Banał, nie? Nie. Dla niektórych to przyjemność. Pisanie w języku polskim? Tak, jestem Polką i nie zawsze muszę starać się pisać po angielsku. Czasem mogę zostać tu, przeglądać dawne zdjęcia z bloga i doceniać, jak różnorodne jest moje życie.

Zapraszam Was na blogowego Twittera oraz Facebooka. :)

Na blogu - nowa wersja gotowanego sernika. Przyznam, że jestem nią zachwycona. Ten sernik smakuje... lepiej niż Monte. To w końcu sernik, sernik, prawda? ;) Bogaty w białko, bardzo sycący - zdrowy, choć pachnący i smakujący jak najbardziej rozpustny deser. Kakao i mąka z orzechów ziemnych idealnie spełniają swoją rolę, a deser ten bez żadnych obaw można zjeść go zarówno na śniadanie, jak i deser czy kolację. Warto dodać, że samo przygotowanie zajmuje dosłownie kilka minut!

/1 porcja; 4 deserowe/
- 150g twarożku sernikowego
- 150g serka wiejskiego
- 1/3 szklanka mleka*
- 1 jajko
- 1 czubata łyżka budyniu czekoladowego
- 2 łyżki mąki z orzechów ziemnych
- 1 łyżka siekanych orzechów laskowych
- 1 łyżka naturalnego kakao
- 2 łyżki syropu z agawy

Twarożek miksujemy wraz z serkiem wiejskim, jajkiem, syropem z agawy, mąką z orzechów ziemnych i kakao. Budyń rozpuszczamy w zimnym mleku. Na średnim ogniu podgrzewamy zawartość garnka, mieszając tak, aby masa nie przywarła do dna. Kiedy masa sernikowa zrobi się bardziej płynna, powoli dolewamy do niej rozmieszany budyń, cały czas mieszając. Nie przerywając mieszania, gotujemy sernik na średnim ogniu jeszcze kilka minut. Dodajemy orzechy. Kiedy zgęstnieje, przelewamy go do miseczki lub salaterek. Podajemy na ciepło lub zimno z ulubionymi owocami, wiórkami kokosowymi lub stopioną gorzką czekoladą.
*dla podwójnie orzechowego efektu, polecam użycie mleka z orzechów makadamia, migdałów lub orzechów laskowych


Pierwsze zdjęcie: druga od prawej w pierwszym rządzie - dzień dobry! ;) Na drugim wepchałam się w środek z najgłupszą z możliwych min. Ale - koniec końców - po pierwszym roku studiów to ja stałam się osobą, która pomagała mi rok temu.

12.14.2013

Niemiecki Jarmark Bożonarodzeniowy!

Na początku specjał, który szczególnie zapadł mi w pamięci - Alibokmisches, czyli rurki z ciasta drożdżowego wypiekane nad prawdziwym piecem. Kiedy są jeszcze miękkie, na gorąco obtacza się je w rozdrobnionych migdałach, orzechach włoskich, cynamonie i cukrze (swoją drogą, jak widać na zdjęciu, na tablicy został napisany cały skład tych drożdżowych wypieków). Osobiście bardzo je polubiłam i nie raz kupowałam podczas trwania całego jarmarku. Na pewno spróbuję kiedyś je odtworzyć, chociaż piec chyba trzeba będzie je na ognisku przed domem... ;)
Ozdoby, ozdoby, ozdoby. Od niezwykle aromatycznych świeczek do ręcznie robionych bombek, glinianych figurek, drewnianych ozdób okiennych i ceramiki z całego świata.

Grzane wino, gorąca czekolada, kakao i wszelakie likiery, podobnie jak wszelkie słodkości - począwszy od tradycyjnych makowców do czekoladowych figur - naturalnie cieszyły się ogromnym powodzeniem. Szczerze mówiąc, od samego patrzenia można dostać oczopląsu, tym trudniej też jest zdecydować się na jakiś konkretny smakołyk. Ma się ochotę spróbować po prostu wszystkiego (pomijając kiełbaski, które są nieodłącznym elementem wszelkich niemieckich festynów i na których zjedzenie jest szansa przy okazji każdego niemieckiego festynu).
Przyznam, że miałąm ochotę kupić niejedną rzecz, a po kilku dniach przechadzania się wśród stoisk rozstawionych na kiermaszu skusiłam się na kilka drobiazgów - nie tyle świątecznych, co najzwyczajniej w świecie zimowych. Przyjemnych, może odrobinę sielskich, otulających wnętrza, a także podniebienie - wśród nabytków znalazł się różany mus i waniliowy miód. Nabytki znalazły już swoje miejsce odpowiednio w kuchni i pokoju, a ja zapisuję kiermasz 2013 jako udany. Jutro kończy się oficjalnie, ale dziś wyjeżdżam do Wrocławia na... no właśnie! Na coś, co na pewno będzie opisane. O tym jednak innym razem. Póki co mogę jedynie powiedzieć, że czy to w Görlitz, czy w Dreznie lub Berlinie, 

12.07.2013

509. Zimowe migawki i Wspólne Blogowe Mikołajki!

Dzisiaj nieco inaczej.

Kilka dni temu odebrałam paczkę. Wiedziałam, z jakiej okazji - nie miałam za to pojęcia, jaka była jej zawartość. Odkryłam już za to na samym początku, kto był jej nadawcą.


Z jakiej okazji to wszystko? Oczywiście, Mikołajek! Akcji zorganizowanej w grupie bliskich mi osób, z którymi połączyła mnie już nie tyle kulinarno-blogowa pasja, co wiele wspólnie przeprowadzonych rozmów, w których poruszanych był chyba każdy możliwy temat. Dzięki losowaniu miałam okazję zrobić prezent jednej z blogerek - Anecie, którą miałam okazję spotkać - co ciekawe - w dzień, w którym dowiedziałam się, że to ja będę jej Mikołajem. Robienie dla niej prezentu było dla mnie bardzo miłym doświadczeniem, niemniej jednak równie mocno zabiło mi serducho, kiedy zobaczyłam u siebie paczkę od Moniki. 


Po kilku dniach oczekiwania, w Mikołajkowy poranek otworzyłam pakunek. Co znalazłam? Źródło wspaniałego pomarańczowego zapachu, który rozchodził się w okolicach paczki i dawał mi do myślenia - ukrytą w mikołajowej "skarpetce" Herbatę Wigilijną, której zawartość urzekła mnie kandyzowanymi pomarańczami. Dla niej warto było zrezygnować z kawy! Musiałam od razu jej spróbować. W pięknie opakowanej puszce na ciastka (która na pewno niebawem zapełni się pierniczkami) znalazłam także - a jakżeby inaczej - czekoladowego Mikołaja. Poza tym, co chyba rozczuliło mnie najbardziej. Monika napisała do mnie przemiły liścik. Co się w nim znalazło? Niech to będzie już naszą tajemnicą. :)

Po raz kolejny uświadomiłam sobie, że to nie tylko blog daje radość, nie tylko blogowanie samo w sobie, ale i ludzie, których dzięki niemu ma okazję się poznać. Mikołajki roku 2013 będę wspominać szczególnie ciepło, gdyż to pierwsza taka akcja - a na pewno nie ostatnia! - w której wzięłam udział. 

Chciałam przy okazji podziękować Katarzynie, która wspaniale wszystko zorganizowała i dopięła na ostatni guzik - dzięki jej koordynacji wszyscy mogli cieszyć się na czas swoimi prezentami. :)





Co do tego? Garść migawek z ostatniego czasu. Aparat, instagram.


Nowy kubek (hot drinks: no cocoa = no winter!),  urokliwe uliczki mojego niemieckiego miasta, które od Polski dzieli tylko rzeka - uchwycone podczas powrotu z nowo odkrytej restauracji.

"An Outline of English literature" GC Thornley'a , czyli książka ze szczerym zainteresowaniem czytana jeszcze w drodze do Angeliki.

Kakao z marshmallows przy pierwszych świątecznych piosenkach zainicjowanych przez Konstancję, kupiony w pośpiechu i wyjadany każdego dnia ulubiony krem kokosowo-ciasteczkowy.

Na końcu Bolesławiec, miasto, w którym wychowywałam się sporą część życia. Najpiękniej wygląda właśnie nocą!

11.19.2013

A DONG - blogerki recenzują!


Dzisiaj niestety wyjeżdżam. Niestety, chociaż tak naprawdę przeważa u mnie zadowolenie. Spędziłam w Katowicach kilka naprawdę wspaniałych dni. Od kiedy poznałam Angie w internecie, nie mogłam się doczekać, kiedy przeniesiemy naszą znajomość do realnego świata. Nie obawiałam się, nie denerwowałam. Wiedziałam, że się dogadamy.

Wczoraj, ostatniego dnia, wybrałyśmy się razem w ramach akcji organizowanej przez portal Uroda i Zdrowie - miałyśmy za zadanie zrecenzować azjatycką restaurację A Dong w Katowicach. Po otrzymaniu obszernej karty dań długo zastanawiałyśmy się, co zamówić. Oczywiście żadna z nas nie zamówiła tego samego dania - chciałyśmy spróbować jak najwięcej różnych potraw. Kelnerka jakby czytała nam w myślach, gdyż wszystko dostałyśmy w formie jednego wielkiego talerza, z którego nabierałyśmy wedle uznania porcje. Nie byłyśmy w stanie zjeść całkiem dużej części posiłku, więc to chyba najlepszy dowód na to, że serwowane tam porcje są naprawdę duże.
Co dokładnie zamówiłyśmy?



Zupę krewetkową po tajsku, pierożki hacao na parze, kurczaka w 5 smakach, kiełki sojowe oraz - uwaga - ośmiornicę po wietnamsku.

Zgodnie stwierdziłyśmy, że zarówno zupa, jak i pierożki były bardzo dobre. Kiełkom sojowym także nie miałyśmy nic do zarzucenia, ale nasze serca podbił kurczak - delikatny i aromatyczny, w pysznym sosie. To naprawdę jedno z lepszych dań tej restauracji. Ośmiornica wzbudziła w nas mieszane uczucia - była lekko gumowata, a jeśli miała ona mieć intensywny smak, skutecznie został on zabity przez zdecydowanie zbyt grubą panierkę. Mimo to danie nie było niesmaczne - można byłoby jednak nad nim popracować, podobnie jak nad ryżem, który niestety był trochę rozgotowany.
Podsumowując powyższe uwagi, A Dong to miejsce, do którego na pewno bym wróciła. W ich menu jest wiele ciekawych propozycji, które z chęcią zobaczyłabym na talerzu. Lokal ma kilka wad, jednak utrzymuje się na dobrym poziomie. Na pewno nie jest to przeciętna azjatycka knajpka, w której można liczyć co najwyżej na rozgotowany chiński makaron z przesmażonymi warzywami.




A swoją drogą, nawiązując do pierwszego zdjęcia... Orange Mocha w Starbucksie jest naprawdę godna polecenia! Kto nie pił, niech zapozna się z tym świątecznym smakiem pomarańczy i gorzkiej czekolady ukrytej w naprawdę pysznej kawie. :)


Dużo interesujących filmów, spacery, ROZMOWY. Wspólne gotowanie, aromatyczne kawy i nowe ciekawe smaki. Tak oceniam to spotkanie i chyba nic dziwnego, że... nie mogę doczekać się kolejnego!
A teraz? Wracamy do codziennych obowiązków. Lekcje czekają. Książka do pociągu już w torbie, czas iść na przystanek. Poranek uwieńczony czekoladowym ciastem z fasoli i kawą "kokosowe malibu" dał potrzebną energię na wyjście. Uśmiech na twarzy poniesie dalej.

11.18.2013

Brownie pancakes



cukiniowe brownie pancakes
zucchini brownie pancakes

Wczorajszy dzień znowu zapisze się jako jeden z tych wspaniałych. Po leniwym śniadaniu spacer, pyszny obiad z autorskiego przepisu Angie, a potem spotkanie w Katowicach - w jeszcze większym gronie! Wraz z Karoliną, Magdą, Anetą i Darią odwiedziłyśmy całkiem atrakcyjne miejsce, jakim jest kawiarnia Sceneria. Spotkanie nie trwało długo, jednak niewątpliwie warto było się zobaczyć.

Dziś dzień wolnego, wolnego oficjalnie do wtorku. Szykuje się ciekawy dzień pod hasłem "Bloger ocenia", czyli wizyty w azjatyckiej restauracji wraz z aparatem. Przygotowane nie będziemy tylko my - ja i Angie, ale i cała ekipa restauracji. Już nie mogę się doczekać!

11.17.2013

491. Sunday / Katowice!


waniliowy kokosowy serniczek z czekośliwką, kawa "karmelowy muffin"
vanilla cocnut cheesecake with chocoplum, caramel muffin coffee


/2 porcje/
- 400g serka trzykrotnie mielonego
- 1 jajko
- 1 łyżka cukru trzcinowego
- 20g budyniu waniliowego
- 1 łyżka wiórków kokosa
- 1 łyżki czekośliwki
- szczypta soli
+
- kandyzowany kokos
- 1 łyżeczka czekośliwki

Serek, jajko, cukier, budyń i sól zmiksować na gładką masę. Dodać wiórki kokosa i ponownie wymieszać. Do kokilek nałożyć do połowy wielkości masę, dodać po łyżce czekośliwki i kilka kostek kokosa na kokilkę i przykryć resztą masy sernikowej. Na wierzchu zrobić wzorki z czekośliwki. Włożyć kokilki do nagrzanego piekarnika i piec 25 minut w 180*C.







Pierwsze śniadanie w Katowicach, z Angie. Popijane przepyszną kawą, którą dostałam w prezencie. Po miesiącach wiadomości, wspólnego gotowania i dzielenia się wrażeniami przez internet, nareszcie spotykamy się na żywo.

Wczorajszy dzień mogę zaliczyć do jednej, długiej podróży zdecydowanie odbiegającej od rutyny - kiedy tylko przyjechałam do Katowic, zapomniałam o sześciu godzinach podróży. Rozmowy, wizyta w od dawna rekomendowanej mi wegetariańskiej restauracji Złoty Osioł, wspólne buszowanie po sklepach i odległych, niezwykle fotogenicznych zakamarkach miasta, uwieńczone Cinnabon. 


Dużo uśmiechu, piękny prezent i obiecująca wizja kolejnych dni malują na mojej twarzy uśmiech. Co mogę powiedzieć? W takich chwilach zdaję sobie sprawę z tego, co tak naprawdę daje blog, jak wspaniałych ludzi można dzięki niemu poznać.

Dziękuję też wszystkim za nominacje do Liebster Blog Award - kiedy tylko będę miała chwilkę,  odpowiem na pytania. :)

Dzisiaj szykuje się spotkanie w... jeszcze liczniejszym gronie! Już nie mogę się doczekać. 


9.29.2013

Dietetyczne ciasto jabłkowe

ciasto jabłkowe
jednoporcjowe ciasto jabłkowe
apple pie for one
ciasto jabłkowe

Kolekcja śniadaniowych wypieków właśnie poszerzyła się o kolejną wariację, która mnie zachwyciła. Ciasto jest słodkie, delikatne, a kiedy wystygnie, można bez problemu wyjąć je z foremki. Ja nie czekałam na ten moment, ale wiem to, bo wczoraj zrobiłam to ciasto w wersji XXL - znikło w ciągu jednego popołudnia głównie za sprawą mamy, wielbicielki wszelkich słodkości. Mogę jedynie powiedzieć, że szczerze polecam ten wypiek - i nie jestem jedyna! :)

ciasto jabłkowe
/1 porcja/
- 1/2 szklanki mąki żytniej
- 1 jajko
- 2 łyżki mleka
- 1 łyżeczka masła
- 1 łyżeczka syropu z agawy
- 150g jabłka
- 1/3 łyżeczki sody oczyszczonej
- 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia
- szczypta cynamonu
- kilka kropel ekstraktu z wanilii

Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia, sodą i cynamonem, następnie miksujemy z mlekiem, roztopionym masłem, syropem i ekstraktem. Na końcu dodajemy starte na tarce jabłko i mieszamy ciasto łyżką. Przekładamy masę do lekko natłuszczonego ceramicznego naczyńka i zapiekamy 35 minut w piekarniku nagrzanym do 180*C.
Akcja: Nakarm Cukrzyka Jesienią


9.21.2013

Warszawa: cz. II
















 serek wiejski z mleczkiem kokosowym i malinami
cottage cheese with coconut milk and raspberries













Dziękuję za wczorajsze wsparcie - przeżyłam rozmowę i uważam, że poszło mi dobrze. Rozmawiałam o polityce i sztuce, życiu za granicą i dzieciach. Jestem dobrej myśli. Teraz mam w głowie kolejną, ostatnią i zarazem najdłuższą część egzaminu. Od godziny 9 do 12 będę słuchać, czytać i pisać. Dwa tygodnie później wyniki. Kiedy przeczytam swoje własne zapiski po egzaminie, będę zapewne dziwiła się, że to już po, że mam to za sobą. Oby na dobre.

Po wczorajszym teście przydało się doładowanie. Gorąca czekolada w Starbucksie i moussaka, która chodziła za mną od czasu spróbowania przepysznego pieczonego bakłażana. Trzy dni w sieciówkach, trzy dni obiadów na mieście. Tej nocy wracam do domu i jutro obudzę się już w swoim łóżku. Zastanawiam się, czy ciężko będzie mi wyczekać wyników egzaminu. Warszawa? Podoba mi się bardziej niż za pierwszym razem. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie muszę jeszcze przemyśleć. 


Może to tak typowo babskie, ale po wczorajszym egzaminie niemal od razu poszłam do sklepu po buty. Traf chciał, że od razu znalazłam te wymarzone. Słońce też świeciło. Wierzę, że to był w całości dobry dzień.

Dziś po raz ostatni proszę Was o wsparcie i "kciukowanie". Po powrocie do domu postaram się to wynagrodzić przepisami, bo przez te kilka dni odwyku od gotowania mam głowę pełną pomysłów.

Miłego! :)

9.20.2013

Warszawa: cz. I



domowy budyń waniliowy i serek wiejski z dżemem truskawkowym i śliwką
homemade vanilla pudding with cottage cheese, strawberry jam and plum

*PRZEPIS 

                                                                                                                                                                     No to tak. To dzisiaj. Speaking. Mówię do siebie jakieś przypadkowe zdania, przy śniadaniu rozwodzę się o rozwoju przemysłu w mieście i prowadzeniu ekologicznego domu. W końcu kto wie, o czym sobie porozmawiamy.
Czuję się jak po terapii i mam nadzieję, że jesteś tego świadoma. Odstresowujące rozmowy, które pomagają mi obecnie chyba jak nic innego. Nie działa tak kawa, żadne zakupy, żadne inne telefony. Kiedy myślę, że coś jest nie tak, okazuje się, że jest dobrze, że nie jestem w błędzie, nie jestem w tym sama. Będę o tym myśleć, wiesz?                                                                                                             Nie stresuję się tak bardzo. Na chwilę obecną jestem dziwnie spokojna. To mówienie. To angielski. To przecież moja pasja. Dam z siebie wszystko, bo jak mogłabym inaczej? Nie mogłabym. To nie byłoby w moim stylu, a ja lubię być sobą. Jestem sobą, zawsze.                                                                                                                                                            Dziękuję Ci i dziękuję także Wam. Wspieracie mnie od dłuższego czasu i każdy kolejny komentarz sprawia, że się uśmiecham. To niby kilka słów, może jakaś skryta machinalność. Na szczęście nie składają się jednak zawsze rzeczy skomplikowane, do końca przemyślane i tak niezwykle ważne. Czasem są to słowa, czasem są to myśli. Są to drobnostki, wszystko i teoretyczne nic, bo w praktyce przecież zawsze można zrobić wszystko lepiej.                                                                                                                                                                            
 Potrzymajcie za mnie kciuki w w okolicach 14 i 15, jeśli tylko moja wielka wdzięczność w podzięce Wam wystarczy. :) 

Miłego dnia! 

9.19.2013

Pumpkin spice latte - Starbucks!

pumpkin spice latte

Uff! Wczoraj był naprawdę męczący dzień. Intensywny, na początku stresujący, ale im było później, tym było lepiej. Na samym początku starym zwyczajem chciałam zobaczyć miejsca, w których będę podchodzić do egzaminów. Wolałam już wcześniej mieć o nich jakieś wyobrażenie. To psychicznie mi pomaga. I pomyśleć, że to już jutro. Już jutro i pojutrze. Może piszę o tym do znudzenia, 

Potem? Czas na kawę! Odkąd tylko dowiedziałam się o wprowadzeniu do polskiego Staburcks Pumpkin spice latte, wiedziałam, że będę musiała jej spróbować. Zamówiłam, wypiłam i... nie, nie zawiodłam się! Na początku nie czułam co prawda dyni, tylko jakiś osobliwy, niezidentyfikowany aromat, ale z kolejnymi łykami było coraz lepiej. Czuć w niej lekki posmak dyni, a także moc przypraw, w tym cynamon, który stanowi zwieńczenie bitej śmietany zdobiącej wierzch kawy. 
I cóż - ostatnio mówi się, że sieciówki są trochę przereklamowane, że sieciówki są drogie... Ale i tak je lubię, naprawdę. To po prostu małe uzależnienie. :) Każdy jakieś ma. W ciągu tego wyjazdu na pewno jeszcze co najmniej raz tam trafię. 

pumpkin spice latte


Kupiłam zestaw pitnych czekolad - orzechowe, waniliowe, karmelowe i pomarańczowe. Dalej, pomiędzy dziesiątkami sklepów i przebieraniem w setkach ubrań - obiad. W końcu, w końcu przekonałam się do bakłażana! Wylądował na moim talerzu nafaszerowany różnymi warzywami w pomidorowym sosie i posypany serem feta, serwowany z sałatką i sosem tzatzki. Prze-py-szny. Kiedy wrócę do domu, na pewno go powtórzę, tym czasem hołduję kuchni greckiej. Teraz mam na oku mussakę... 




Dzisiejsze śniadanie? Też musiało się znaleźć. Tymczasem zakładam słuchawki na uszy i zaczynam kampanię antystresową. Bo przecież to moje podejście. Dać z siebie 100%. Inaczej w niczym nie byłoby sensu, czyż nie?
 kanapki z serem żółtym i pomidorem
sandwiches with cheese and tomato